Troszeczkę głupio tak trzymać dekoracje zimowe, kiedy marzec to już wiosenny miesiąc, zaraz właściwie Wielkanoc będzie – pomyślałam układając w wazonie wiązkę tulipanów otrzymanych z okazji Dnia Kobiet.
Wyjęłam więc ze schowka pudła i dalejże zamieniać dekoracje. W domu i zagrodzie, czyli na skrzynkach parapetowych. Poupychałam wszystkie te piórka, ptaszki i inne kojarzące się z wiosennym rejwachem obudzonej przyrody gadżeciki. Powstrzymałam się jeszcze tylko z ustawienie zajączków i jaj, bo jednak do świąt jeszcze troszkę. Od razu jakoś weselej mi się zrobiło. Słonko świeci, krokusy kwitną, sikorki pasą się na moim ogrodowym hibiskusie, bo wieszam im tam co nieco. Wiosna!
Siedzę dziś rano, rozgrzewając od kubka kawy dłonie przemarznięte od skrobania szyby w samochodzie. Patrzę na zajączki w skrzynkach przysypane śniegiem po uszy. Na zewnątrz zło, szron i syberyjskie podmuchy. Zima! No tak. W marcu jak w garncu. Pomyślałam sobie, że to doskonała metafora życia, właściwie. W życiu jak w garncu. Może to kulinarne skojarzenie wiąże się nieco z faktem, że znowu jestem na diecie i obecnie wszystko kojarzy mi się najpierw kulinarnie. Np. sałatka z tulipanów, a raczej tulipany w tempurze… Ale nie znaczy to, że metafora nie jest głęboka, jak gar na bigos. Chodzi o to, że w życiu naprawdę jest jak w garncu. Życie to wręcz danie jednogarnkowe. Taki Eintopf, jak mówią nasi sąsiedzi zza między po lewej.
Nawet jeśli życie jest ucztą i podaje nam zupę, drugie i deser. I przystaweczki. To i tak jeden nasz własny gar. Czasami na tej samej kuchence stoi jeszcze drugi, a w nim bulgoce podobny zestaw i wtedy jest raźniej i cieplej. Byle się nie przejadło. W naszej wielkie uczcie życia gar stoi na samym środku i czerpiemy z niego łyżką, łyżeczką lub chochlą. Jednego dnia trafisz na grudkę niedogotowanej kaszy, innego na ostre wasabi, innym razem na rodzinki. Ciągle niespodzianki! Takie bollywoodzkie: „Czasem słońce, czasem deszcz”, bo śniegu raczej nie mają. A u nas na zachodzie mówimy: „Czasem pączek, czasem śledź”. Bo u nas tradycja jest bardzo ważna. A tradycja często nakazuje coś koniecznie zjeść i to najlepiej bez umiaru. Pączek i śledzik to akurat wyborne przykłady. I dania też. No może niekoniecznie razem.
Zbyt duże mieszanie w jednym garnku może spowodować rozpad dania, a w niektórych przypadkach, kiedy składniki się mocno kłócą, może skończyć się rozstrojem. I po takim daniu jest wszystkim niedobrze. Jak po śledziu z pączkiem. I znowu całkiem trafna metafora! To miał być z założenia lekko feminizujący felieton, bo przecież jest marzec, a to mnie zawsze prowokuje. Miał być, ale śnieg przysypał zająca i wyszło jak wyszło. Skończyło się na słownym Eaton Mess. Małżonek czyta mi przez ramię i twierdzi, że elegancki Eaton Mess to ja bym chciała. A wyszedł mi groch z kapustą. A ja Wam mówię: mieszajcie radośnie w wielkim, smakowitym garze swojego życia, omijajcie niestrawne kąski, łapcie najlepsze i oblizujcie łyżkę! Smacznego! A wiosna i tak przyjdzie. A jak znowu spadnie śnieg, to zróbcie z niego lody. Idę zrobić sobie jaką fitaśną kanapkę z „deseczki”, bo nabrałam apetytu. Na życie!




